Kiedy byłem młody, po pracy niemal codziennie zaglądałem do pewnego domu na obrzeżach miasta. „Zaglądałem” to zresztą zbyt skromne słowo. Spędzałem tam każdą wolną chwilę, a czasem także te, które wcale wolne nie były.
Powód był bardzo prosty. Mieszkała tam kobieta, przy której zapominałem o całym świecie. Miała na imię Marta.
Gdy się śmiała, marszczyła nos, a kiedy próbowała udawać obrażoną, jej oczy zdradzały ją już po kilku sekundach. Oficjalnie spotykaliśmy się po to, żeby grać w szachy, warcaby albo karty. Rodzina przyjmowała tę wersję z uprzejmą powagą, choć chyba