Gdy teściowa upokorzyła ją przy gościach

jej głos był lodowaty, pozbawiony nawet cienia tej słodkiej uprzejmości, którą tak hojnie obdarowywała gości. W tych słowach nie było przypadku. Była w nich cała pogarda, którą teściowa nosiła w sobie od lat, a teraz wreszcie znalazła pretekst, by ją wypowiedzieć na głos.

Luba patrzyła na garnek stojący na płycie i nie wiedziała, co zrobić z rękami. Chciała coś rozbić. Chciała wyjść do salonu i przy wszystkich, przy tych wystrojonych gościach w drogich garniturach, powiedzieć teściowej wszystko, co nazbierało się przez lata.

Ale milczała. Jak milczała zawsze. Milczenie było jej