zmienił wszystko Aż do pewnego jesiennego wieczoru. Wracałem z pracy później niż zwykle.
Było chłodno, a od rana padał drobny deszcz. Kiedy skręciłem w ulicę Marty, zobaczyłem nad dachami gęsty słup czarnego dymu. Poczułem ucisk w piersi.
Zacząłem biec. Przed kamienicą stał tłum ludzi. Ktoś krzyczał, ktoś próbował rozwinąć ogrodowy wąż, inni patrzyli bezradnie w stronę okien na drugim piętrze.
Z mieszkania Marty wydobywał się dym. Na chodniku stała jej matka, blada jak ściana. Ojciec miał osmolone ręce i kaszlał.
Marta tuliła do piersi Maksa. — Gdzie babcia? — zapytałem.
Marta spojrzała