babcię, płomienie odcięły przejście do korytarza. Syreny straży pożarnej było już słychać w oddali.
Nagle Maks zaczął się wyrywać. Najpierw cicho warczał. Potem miauknął tak przeraźliwie, że ludzie stojący obok odwrócili głowy.
— Spokojnie, Maks — mówiła Marta, przyciskając go do siebie. Kot drapał powietrze, obracał głowę w stronę klatki schodowej i próbował zeskoczyć. — On słyszy babcię — powiedziała nagle Marta.
[nextpage]
— Nie może jej słyszeć z ulicy — odparł ojciec. Ale Maks rzucał się coraz mocniej. W końcu wysunął się z ramion Marty, upadł na chodnik i pobiegł prosto do otwartej bramy.
— Maks! —